lis
24

Tłumaczenie książki A. A. Milne „Winnie-the-Pooh” autorstwa Ireny Tuwim

Miło jest się zaczytać… Dać się ponieść w wir wydarzeń fascynującej lektury. A kto wtedy myśli o autorze książki, o tłumaczu nie wspominając? Nikt. Może trochę przesadzam, ale z pewnością niewielu czytelników.

Tłumaczenie „Kubusia Puchatka” w wykonaniu Ireny Tuwim jednak obrosło już legendą. Podaje się je za wzorcowe – trochę jak w tłumaczeniu napisów filmowych – dialogi w Shreku.  Neologizmy, twórcza adaptacja poczucia humoru do polskich realiów, stworzenie nieprzemijających wyrażeń, które wniknęły do języka codziennego – to tylko niektóre przykładu kunsztu tłumaczki. Kim była? Czym zajmowała się na co dzień? Jakie relacje łączyły ją z bratem Julianem Tuwimem? Polecam ciekawy artykuł niedawno opublikowany w Wysokich Obcasach, który przybliży Wam postać pisarki-tłumaczki.

Portret Ireny Tuwim lata 1940-te, fot. ze zbiorów Muzeum Literatury w WarszawieAnna Augustyniak

Irena płacząca za szafą

To ona przetłumaczyła ‚Kubusia Puchatka’. Dzięki temu mamy ‚to, co tygrysy lubią najbardziej’, ‚wszystkich krewnych i znajomych Królika’ oraz ‚małe co nieco’.

Irka, młodsza siostra Juliana Tuwima, pisała w ‚Łódzkich porach roku’: ‚Pierwszy ból serca, jakiego doznałam w życiu, był rozdzierający i trwał blisko dziesięć dni’. Było to rozstanie z Julkiem, który jako uczeń gimnazjum pojechał na ferie Bożego Narodzenia do wujostwa. ‚Moja rozpacz była ponad wszelkie argumentacje. Płakałam w nieutulonym żalu jak pod murami Jerozolimy’. Za namową matki Irka zrobiła wtedy mały kalendarzyk i zawiesiła go na bocznej ścianie szafy. Codziennie zrywała kartkę i patrzyła przez łzy, jak kalendarzyk staje się coraz cieńszy. Odtąd w gwarze domowej wybuchy nieukojonego płaczu nazywano zwrotem ‚za szafą’. Pół wieku później, podczas innej zimy, wszystko inaczej się potoczyło. „Gdy żegnałam się z Julkiem 17 grudnia 1953 r. przed Jego wyjazdem do Zakopanego, ćwierć żartem, a trzy ćwierci serio powiedziałam Mu w przypływie powrotnej fali dawnej, dziecinnej miłości, że to rozstanie skończy się dla mnie tym razem »za szafą «. Mówiąc to, nie pomyślałam ani przez chwilę o rozstaniu na zawsze. Po prostu tak jak wtedy dom, tak teraz Warszawa, opuszczona przez Julka, wydawała mi się nagle pozbawiona sensu. A myśl, że tak mogłoby zostać już na zawsze – nie do zniesienia’. Nie pomyliła się. 10 dni później Julian Tuwim zmarł na atak serca. Przed Ireną były jeszcze ponad trzy dekady życia bez ukochanego brata i jego ‚jarzącej się wiecznie jak choinka, musująco szampańskiej aury’.

Urodziła się w sierpniu 1900 r. w mieszczańskiej rodzinie zasymilowanych Żydów. W domu mówiło się po polsku. Dzieci nie znały słowa w jidysz. Zresztą nie tylko rodzice, ale już dziadkowie czuli się Polakami. Julek i Irka wcześnie zetknęli się z mazurkami Chopina i pieśniami historycznymi do słów Ujejskiego, Brodzińskiego, Asnyka. To matka im je śpiewała, a zamiast wierszyków o chorym kotku, który leżał w łóżeczku, czytywała Mickiewicza, Syrokomlę, Konopnicką. Irena uczęszczała do gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej. Była to polska szkoła, do której chodziły także Żydówki. To im poświęci jeden z wojennych utworów: ‚Twarze młodych Żydówek, moich sióstr prowadzonych na kaźń,/ nie były kobiece ani owiane poetycznością ( )/ Usta – bez wykroju,/ oczy – bez światła,/ twarze bez kropli krwi -/ wszystko to miało akurat wystarczyć,/ by za chwilę czy za godzinę lub dwie/ leżeć na ziemi/ z otwartymi oczyma’ (‚Moment’).

Debiutowała jako 16-latka w popołudniówce łódzkiej, dzienniku ‚Godzina Polski’. Zaczytywała się wówczas w strofach Verlaine’a, Rimbauda, Baudelaire’a, Tetmajera i Staffa i rosła na kolejny talent w rodzinie. Choć matki to nie cieszyło, bo ta ‚zamartwiała się ( ) że ja jestem najbrzydszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziała w życiu, i że marny los czeka taką dziewczynę i w dodatku jeszcze bez grosza, na co Ojciec odpowiadał z niezmąconym spokojem, ( ) że stanę się pięknością światowej sławy’. Gorąco potwierdzała to służąca Adela, bo Irka ‚na zgrabnisię i galantą pannę wyrosła’. Rzeczywiście była zgrabna i w młodości dość wiotka, z rysem staroświecczyzny. Taką wspomina ją bratanica Ewa Tuwim-Woźniak: ‚Zawsze wydawała mi się bardzo elegancką, ale jednak starszą panią. Ciotka była przystojna i trochę egzotyczna. Może przez te duże, ciemne, błyszczące oczy. Zapamiętałam je ze spotkań w dzieciństwie, jak obserwowała mnie z rozbawieniem i rozczuleniem. Były to jednak krótkie chwile witania gości rodziców, po których wracałam do moich zabaw albo odrabiania lekcji’.

Na zachowanych fotografiach Irena Tuwim zawsze lekko się uśmiecha. Ma piękne brwi, a spojrzenie pełne magnetyzmu. Wysokie czoło niezakłócone opadającą grzywką, bo Irka zawsze zaczesywała kasztanowe włosy do tyłu. Dodawało jej to dystynkcji, ale i lat, podobnie jak lekko już puszyste kształty na zdjęciach z końca wojny. Choć podobała się mężczyznom. Tak samo jak jej wiersze, szczególnie te z pierwszego tomiku pt. ’24 wiersze’. Kiedy Towarzystwo Wydawnicze wydrukowało miłosne strofy w mieszczącej się w dłoni książeczce o kształcie maleńkiego kwadratu, Stefan Napierski przyjechał specjalnie ze stolicy do Łodzi, aby poznać autorkę. Nazajutrz po spotkaniu dostała kosz liliowych hiacyntów z bilecikiem: ‚Irenie Tuwim w podzięce za słowa Jej wierszy i Jej ust’, a trzy miesiące później – pierścionek zaręczynowy. W czerwcu 1922 r. szła do ołtarza w łódzkim kościele św. Józefa. Podróż poślubna zaczęła się od Berlina, ówczesnego miasta rozpusty, a zakończyła na fryzyjskich wyspach Föhr i Sylt i podążaniu śladami Heinego po Helgolandzie nad Morzem Północnym.

Mąż Ireny był również żydowskiego pochodzenia. Naprawdę nazywał się Marek Eiger. I też pisał wiersze, choć nie cieszyły się powodzeniem u czytelników. W przeciwieństwie do jego esejów, krytyk, szkiców literackich i rozpraw o twórczości Prousta, Manna, Conrada, Gide’a czy Cocteau. W tej dziedzinie wydawał się jednym z lepszych piór w ówczesnej Polsce. Tak był oceniany przez Irzykowskiego i Wykę. Zachwycał się Achmatową. Mówił, że jej wiersze zbudowane są z ‚płatków kwiatów i śniegu’. Strofy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej nazywał ‚oddychającymi bibelotami’ i sumował, że jej poezja ‚nie ma tego krótkiego spięcia, jakie rozżarza, jak lampkę o tajemniczym blasku, niektóre wiersze Ireny Tuwim’. Mariaż z młodą poetką, siostrą święcącego pikadorskie triumfy Juliana Tuwima, nie zmieniał ani nie poprawiał jego pozycji w środowisku literackim, a miłość, która między nimi wybuchła, miała raczej ‚skłonności poetyckie’. Kiedyś Eiger szeptał: ‚Miłość to jest jakby zatrzymanie czasu; wstrzymanie wskazówek zegara’. Teraz pisał: ‚Ci, którzy zbyt wiele oczekują od miłości, nie umieją kochać; może nawet nie są stworzeni do miłości. Miłość to poprzestanie na rzeczywistości, nie chęć wyczerpania jej’. A ona tylko chciała, żeby mówił do niej: ‚ »Miła «/ Włosy dłonią odgarnął: »O moja biedna,/ Jakżeś tutaj beze mnie żyła,/ Ty ostatnia, jedyna i jedna? «’ (‚Wyznanie’). Tak gwałtowne niegdyś uczucie zaczyna obumierać. W wierszach Ireny widać, że ta miłość była dana na krótki czas: ‚Uczyłeś mnie kiedyś miłości./ Znam ją na pamięć. A teraz/ uczysz mnie samotności/ i uczysz mnie śmierci’ (‚Miłość szczęśliwa’).

Czy Irka wiedziała o homoseksualizmie męża? Czy dopiero po ślubie poczuła się rozczarowana i zdradzona? Irena Krzywicka mawiała, że ‚pederaści w końcu się żenią i są lepszymi od innych mężami’. Może więc Marek Eiger był dobrym mężem i tym zatrzymywał przy sobie Irenę przez osiem lat… A może podróżami zagranicznymi, ogromną fortuną, dzięki której w ośmiopokojowej willi na warszawskim Mokotowie żyło jej się dostatniej niż w łódzkim domu Tuwimów. Pewnie zachwycały ją też jego zbiory biblioteczne usadowione w mahoniowych regałach gabinetu, no i ogromna erudycja. W końcu Napierski niejako współtworzył międzywojenne życie literackie w Polsce nie tylko własnym piórem, ale też nie skąpiąc skamandrytom wsparcia finansowego czy protekcji w najróżniejszych sprawach. Współtworzył także warszawskie życie brydżowe. W jego domu często do rana rozgrywano karciane partyjki. Na jednym z takich spotkań Irena poznała młodszego od niej o kilka lat doktora prawa Juliana Stawińskiego. Zakochała się od pierwszego wejrzenia. Umówili się w Ziemiańskiej, najmodniejszej cukierni, i tak się zaczęło… ‚Twarz twoja nade mną jak księżyc dwudziestoletni. Najsłodszy jest moment, kiedy wiem, że za chwilę twe usta na wargi moje opadną’ – pisała (‚Dwie strofy’).

Nie chciała jednak zostawiać męża. Ten zaś, gdy dowiedział się o romansie żony i widząc jej cierpienia miłosne, zaproponował Irenie układ: ‚Idź do niego na rok. Jeśli nie będziesz szczęśliwa – możesz zawsze wrócić!’. Nie wróciła nigdy. Jednak nosiła Eigera w sercu nadal. W drugim roku wojny, na wieść, że został rozstrzelany w Palmirach, napisała: ‚Obstąpili cię, obskoczyli cię/ Jak psów zgraja, głodna, wściekła, zła/ A to było w jakiejś strasznej chwili,/ Tam, w Warszawie. Jakiegoś dnia./ Szli brunatni, żelaźni i dzicy/ Z przodu kat, z boku kat, z tyłu kat./ I powiedli cię środkiem ulicy,/ Przyjacielu moich młodych lat./ ( ) A ja chodzę, krążę po Londynie/ I myśl dręczy mnie ciężka i zła:/ Gdzieżem była w tej strasznej godzinie?/ Com robiła owego dnia./ I na chwilę nie mam spoczynku,/ Ludzie mówią: »Zginął po nim ślad «’ (‚Wiersz o nieznanym dniu i nieznanej godzinie’).

Nie wiadomo, czy odeszłaby od męża na zawsze. Przeżywała ogromne rozterki. Kochała go na swój sposób i to o nim pisała parę dziesiątków lat później: ‚Gdy przechodzę obok domu, gdzieśmy mieszkali,/ co rano/ tyle wspomnień ożywa we mnie./ Wspominam mile deszcze wiosenne,/ otwarty balkon,/ twoje anginy,/ hiacyntową Wielkanoc ( )/ I chcę ci powiedzieć,/ że bardziej od samych rzeczy/ kocham ich cienie,/ więc ciebie kocham,/ rozumiem to dziś dopiero,/ kiedy przechodzę obok naszego domu’. Była wiosna, gdy Irena się zakochała. Dopiero co zleciła ogrodnikowi zasadzenie specjalnie sprowadzonych z zagranicy kwiatowych cebulek. Chciała, by wokół schodów z jadalnianego tarasu rosło tysiąc tulipanów, a wszystkie w kolorze czerwonym. Żyła dostatnio, spokojnie i po przyjacielsku z mężem. Ona pisała w pokoju na piętrze, on na mansardzie. ‚Byłam przywiązana do Marka ( ), ale moje »opętanie « było silniejsze. Ze Stawińskim byliśmy stworzeni dla siebie’ – mówiła trzy lata przed śmiercią w wywiadzie dla tygodnika ‚Argumenty’.

Dlatego tamtej majowej wiosny uciekła do Paryża i nie widziała, jak w ogrodzie zakwitły tulipany. Julian Stawiński pojechał za nią i kiedy Irena chciała z nim zerwać, strzelił do siebie. Nie trafił w serce, przestrzelił płuco. Wtedy oddała mu rękę i po powrocie do Warszawy wyprowadziła się z mężowskiej willi do pokoiku w czynszowej kamienicy przy ul. Kredytowej.

Zanim w roku 1935 wzięła rozwód z Eigerem, przebywała z ukochanym w Ostrowi Mazowieckiej, gdzie Stawiński dostał etat sędziego. Po ślubie w Wilnie Irena, już jako Tuwim-Stawińska, znów zamieszkała w Warszawie. Mąż objął posadę adwokata i radcy prawnego, a ona wróciła do pracy przekładowej. Kilka lat wcześniej przetłumaczyła autobiografię komunizującej austriackiej arystokratki Hermynii zur Mühlen ‚Koniec i początek’, teraz zaś zabrała się do literatury dla dzieci i młodzieży.

Rozpoczęła współpracę z Wydawnictwem Przeworskiego, które do wojny drukowało wszystkie jej książki. Podobnie jak i Juliana Tuwima. Oboje zwrócili się w stronę dzieci. On pisał wiersze o Słoniu Trąbalskim, Zosi Samosi, ptasim radiu czy Panu Tralalińskim, a ona tłumaczyła baśnie braci Grimm, bajki Tołstoja, disnejowskie przygody Myszki Miki, Królewny Śnieżki oraz byczka Fernando. Największą popularnością cieszył się i wciąż cieszy ‚Kubuś Puchatek’. Irena ochrzciła misia imieniem Kubuś i do tej pory wszystkie dzieci tak go nazywają, a książka w jej przekładzie była wznawiana już 20 razy i nadal podlega ochronie prawnoautorskiej jako odrębny utwór. Irena bowiem na kanwie oryginału napisała własną wersję losów Puchatka. Zmieniła niektóre wątki, spolszczyła anglosaski humor, a mimo to nie zatraciła walorów dzieła pierwotnego. Dzięki niej do obiegowego języka weszły liczne powiedzonka popularne do dziś: ‚to, co tygrysy lubią najbardziej’, ‚wszyscy krewni i znajomi Królika’ albo ‚małe co nieco’. Wiele lat później właśnie za przekłady literatury obcej dostała prestiżową nagrodę Polskiego Pen Clubu.

Po wybuchu wojny Irena postanowiła wyjechać z Polski podobnie jak prawie całe środowisko skupione wokół ‚Wiadomości Literackich’. Razem z mężem we wrześniu przez Rumunię dotarła do Francji, a gdy zajęły ją wojska niemieckie, przedostała się do Anglii. Tam znów zaczęła pisać wiersze. Publikowała je w reaktywowanych przez Grydzewskiego ‚Wiadomościach Polskich’. Potem wiele z nich przywiezie do kraju i wyda w PAX-owskim zbiorku wierszy rozproszonych. Anna Kamieńska napisze wówczas, że Irena Tuwim w swojej poezji przeżywa różne stadia miłości, ale zawsze prędzej czy później jest to miłość skazana na śmierć, czy to przez naturę, czy przez wojnę. ‚Najbardziej wstrząsające wiersze w całym dorobku to cztery ostatnie ( ). Poetka biegnie ulicami wśród ruin i strzaskanych kolumn. Zbiega w dół po skarpie do domu, który pozostawiła. W tej strofie końcowy rym ma tragiczne brzmienie chlupotu zamykającego się nad utopionym. Wiersz ten powinien znajdować się w każdej antologii wierszy o wojnie i okupacji’.

Śniła więc Irena o swoim domu, z którego miała widok na Wisłę i bulwary: ‚Tak jak dzieckiem budziłam się w nocy/ Z krzykiem: »Mamo! « między snem a jawą/ Dziś tak samo zrywam się i wołam/ W obcą ciemność paryską: »Warszawo! «/ Sen się plącze. Biegnę Alejami/ Tam gdzie ławki stały – rzędem trumny./ ( ) Sen się gmatwa. Biegnę po omacku ( )/ Dom już blisko. Wpadam w Ordynacką/ I schodami szybko w dół po skarpie./ A tam pachnie trawa świeżo skoszona,/ W trawie kępy lila macierzanki,/ Śnieżną bielą i amarantem/ Powiewają w oknach firanki./ Stukam do drzwi. We drzwiach matka, blada./ Oczy ślepe, wypalone do dna./ »Mamo! « – wołam. Matka odpowiada:/ »Nie ma domu, córko wyrodna! «’ (‚Sen o domu’).

Wciąż imaginacyjnie wracała do Polski, gdzie została matka. Nigdy jej już z bratem nie zobaczyli. Zginęła parę dni po 19 sierpnia 1942 roku, kiedy wywieziono z Otwocka już prawie wszystkich Żydów. Hanna Krall w ‚Różowych strusich piórach’ precyzuje, że matkę Tuwimów, ukrywającą się na piętrze w domu Rybaków, zabili Niemcy i zrzucili z balkonu. Pochowano ją w ogrodzie pod sosną. ‚Zastrzelił ją faszysta,/ Kiedy myślała o mnie ( )/ Przestrzelił świat matczyny:/ Dwie pieszczotliwe zgłoski,/ Trupa z okna wyrzucił/ Na święty bruk otwocki ( )/ Wypełniło się słowo:/ »Ideał sięgnął bruku «’ – pisał po latach Julian (‚Matka’).

Irenie byłoby lżej, gdyby choć brat był blisko. Umierała z niepokoju o jego los. Jak miała bez niego żyć, skoro on ‚oczyma niemal bliźniaczo bliskimi’ patrzył na świat? Przecież jedne z pierwszych wierszy drukował jako I.J.T. To ona świeżymi kwiatami stroiła mu pokój, o czym donosił w maju 1916 r. w liście do Stefanii, swej chłopięcej miłości, której wierny pozostał przez całe życie: ‚Irka ustroiła mi pokój bzem i konwalią. Mam je przed sobą na stole. ( ) Pachnie tak upojnie i prześlicznie pachnie A jak ukryję twarz w kwiatach – to aż do zawrotu głowy i uderza mi zapach, jak ogromne szczęście, do serca i mózgu Moja jasna, kwietna, Najcichsza Panienko!’. Irena zawsze była blisko. A teraz ona w Londynie, on najpierw w Brazylii, potem w Nowym Jorku. Pozostawały listy. ‚Z listów do siostry można zorientować się, że Tuwim tak ją traktował, jakby była nim incognito w świecie: od dzieciństwa najściślej z nim związaną zakładniczką i świadkiem prawdy o źródłach jego emocjonalnego życia, jego »zewnętrzną duszą «’ – pisze w książce ‚Twarz Tuwima’ Piotr Matywiecki. Paradoksalnie, to wojenne rozstanie spowodowało jeszcze większe zbliżenie między rodzeństwem. W listach dzielił się z nią lękami urojonymi i rzeczywistymi. Pisał o tym, jak cierpi na bezwład twórczy albo jak bez opamiętania wyciekają z niego strofy ‚Kwiatów polskich’. Spowiadał się z przeżyć i rozterek – i tych erotycznych, i tych, które wkrótce spowodują pęknięcie w otchłani światopoglądów wśród skamandryckich przyjaciół. W styczniu 1942?r. donosił Irusi: ‚Nie ja, kochanie, mam »kręćka « na punkcie Rosji, ale go ma i mieć musi ( ) cała Polska ( ). Dla mnie zwycięstwo Rosji będzie nową i piękną kartą dziejów, dla nich klęską’. Miesiąc później dodawał: ‚Trudno – postawiłem na całkiem inny świat niż oni, walkę o ten świat otwarcie głoszę, »narażając się « na opinię »bolszewika «. Okazuje się tedy, że i w Warszawie byłem »bolszewikiem «, bo ani na jotę nie zmieniłem swoich przekonań’.

Dzięki staraniom Tuwima Irena wraz z Julianem Stawińskim przyjechała w lutym 1945 r. do Kanady. Lato spędzili razem w Toronto. Wojna się skończyła, Tuwim wracał do kraju, a Irena przenosiła się do USA. Jej mąż został zatrudniony w komunistycznej dyplomacji, w waszyngtońskim biurze prasowym jako attaché ambasady RP. Tuwim przed odjazdem do Polski pisał do siostry: ‚Nagle wyrósł absurd: zostawiamy was w Ameryce. Nie mogę tej myśli znieść i zatruwa mi ona życie. Nie wiem, co zrobić. Obiecują mi w Polsce złote góry, zresztą i bez tych obietnic rwę się do kraju, bo siedzenie tutaj jest dla mnie zgrozą. Ale rozłąka z Wami stanie się nową zgrozą’. Czy dlatego, że brat wzywał, Irena rok później wraca do kraju? ‚Na pewno bardzo duże znaczenie miała postawa mojego ojca – opowiada Ewa Tuwim-Woźniak – i to, co pisał do niej w listach. Kochała go bardzo i poważała’.

Przyjechała z mężem do Warszawy w kwietniu 1947 r. Adam Ważyk, przedwojenny przyjaciel, który pukał do jej drzwi z garścią wierszy jeszcze jako nieśmiały 18-latek, teraz witał ją poetycko w utworze pt. ‚Do Ireny Tuwim’: ‚Wielki i smutny ocean nas dzieli,/ łączy nas listek majowej niedzieli./ Słyszę jak pęka w pierścionku twym kamień,/ i chcę wyciągnąć przez ocean ramię’. ‚Na obczyźnie za oceanem nie rozstawałam się z pierścionkiem, który dostałam od teściowej i rzeczywiście w turkusie pewnego dnia pojawiło się pęknięcie Ale przecież Adam Ważyk nie mógł o tym wiedzieć’ – rozmyślała po latach Irena. W Polsce znów zaczęła tłumaczyć książki. Najpierw z rosyjskiego: Iwana Franko powieść historyczną ‚Zachar Berkut’, potem kilka tomów opowiadań Korolenki, Griwy, Tichonowa, Mieńszykowa, Żytkowa. Dziś te nazwiska nic nie mówią. W przeciwieństwie do radzieckich autorów, których wiersze dla dzieci Irena spolszczyła: Samuiła Marszaka (mnóstwo jego utworów znaleźć można w peerelowskich podręcznikach szkolnych) i Siergieja Michałkowa, bajkopisarza i trzykrotnego autora hymnu państwowego (na zlecenie Stalina, potem Breżniewa i 10 lat temu na zamówienie Putina). W roku 1953, niedługo przed śmiercią brata, przekłady radzieckich opowiadań autorstwa Ireny znalazły się w antologii ‚Pokój nie zna granic’, pełnej chórów pochwalnych dla Stalina.

Potem zajęła się głównie przekładami z angielskiego. Niektóre pozycje tłumaczyła razem z mężem, jak choćby słynną historię murzyńskich niewolników, czyli powieść amerykańskiej pisarki sprzed wieku pt. ‚Chata wuja Toma’. Wspólnie przekładali opowiadania Oskara Wilde’a, Katherine Mansfield czy ‚Zaczarowany zamek’ Edith Nesbit. Julian Stawiński był zafascynowany prozą science fiction, a z tego narodziły się pionierskie w Polsce antologie amerykańskich opowiadań fantastycznych (‚Rakietowe szlaki’, ‚W stronę czwartego wymiaru’, ‚Kryształowy sześcian Wenus’). I Irena nie stroniła od tego gatunku. Ale jej wyobraźnia szła raczej w stronę nietypowej scenerii i przekraczania granic między realnością a nierealnością. Stąd polskim czytelnikom przybliżała opowieści o dotkniętej czarodziejską mocą niani Mary Poppins i nauczycielce pannie Price, która posiada magiczny talizman pomagający przenosić się w czasie (‚Gałka od łóżka’ Mary Norton). Sama też tworzyła bajki: o pingwinie Kleofasku (z ilustracjami Janki Konarskiej, żony Słonimskiego), Marku Wagarku, o krainie zwierząt i panującym tam głodzie albo o okręcie, który płynie po morzu i jęczy, stęka, poci się, sapie i zgrzyta podobnie jak ‚Lokomotywa’ u jej brata.

By ocalić wspomnienia o rodzicach, Julianie i ich łódzkim dzieciństwie, spisze je parę lat po śmierci brata. ‚Julka przez całe życie uważałam za czarodzieja. Nie pamiętam już, od czego i kiedy się to zaczęło. Czy wtedy, gdy na kuchennym taborecie warzył nad świecą w retortach (szklanych rurkach od lekarstw) jakieś tajemnicze, kolorowe płyny? ( ) Miał już teraz swoje samodzielne życie w domu. Wyprowadził się z dziecinnego pokoju do swojego własnego. Prócz półek na książki był tam jeszcze stół ( ) i leżał płaski krzyż z kopenhaskiej porcelany z głową Chrystusa w cierniowej koronie. Na odwrotnej stronie krzyża wpisał Julek niebieskim atramentem: »Kto raz się zgodził nieść swój krzyż, tego nań wiecznie wbijać będą «. Ten werset z Ewangelii powtarzał nieraz, na całej przestrzeni swego życia. I za każdym razem te słowa w jego ustach wstrząsały mną ( ). Wyczuwałam w nich głębię cierpienia, jakie się zrosło z Julkiem, od kiedy Go tylko pamiętam aż po ostatnie jego dni’.

Nie dowiemy się jednak, czym spowodowane było odejście Ireny Tuwim od radzieckiej literatury. Może nie musiała już podążać za bratem, a może to przełom po polskim Październiku? – Irena była bardzo inteligentna i świadoma tego, co się dzieje, co w jej nadziejach i najbliższych osób okazało się niemożliwe do spełnienia. Jej życie, tak jak życie większości ludzi w czasach powojennych, było pełne kłopotów i niepokoju – mówi dziś jej bratanica Ewa Woźniak-Tuwim. – Nie miała dzieci i kiedy zły los przedwcześnie zabrał jej brata, skoncentrowała się na mężu. Martwiła się o jego zdrowie i o to, że go straci. I tak się stało. Obaj, zgodnie z jej przewidywaniami, zmarli przedwcześnie. Kiedy po śmierci Juliana Stawińskiego odwiedziłam ją, nie udało się nam nawiązać normalnych stosunków rodzinnych. Była załamana i mogła myśleć tylko o swoim nieszczęściu, a ja nie umiałam jej pocieszyć. Niedługo potem wyjechałam z Polski i taka możliwość już się nie powtórzyła. I tak Irena na 14 lat została sama w pokojach pełnych książek, antycznych mebli i obrazów. ‚Nie lubię mojego mieszkania na Litewskiej, nie lubię tej ulicy’ – mówiła.

Umarła, mając 87 lat. Trzy lata wcześniej, czy to ze względu na obiecywane pisarzom zaszczyty i pożyczki, czy z chęci bycia znów wśród ludzi, Irena, mocno już schorowana, wstąpiła do nowego, utworzonego z inicjatywy władz partyjnych ZLP. Do nowego, bo po wybuchu stanu wojennego stary Związek Literatów Polskich zawieszono, a w 1983 r. zamknięto. Niektórzy zapisywali się do nowego Zlepu, ale robili to głównie pisarze, których nęcono wydaniem dzieł życia, początkujący literaci i starcy. O tych ostatnich mówiło się, że mają obiecany pogrzeb na koszt państwa.

Źródło: Wysokie Obcasy, dostęp online: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,8682993,Irena_placzaca_za_szafa.html

|