lut
28

Niezwykli Tłumacze na Ellis Island

Czytając „Wyspę klucz” wiedziałam, że muszę Wam to przekazać. W okresie szczytu imigracyjnego na Ellis Island pracowało 36 tłumaczy!

Wyspa klucz to doskonały reportaż autorstwa Małgorzaty Szejnert wielowątkowo opisujący wyspę Ellis, która dla większości imigrantów przybyłych do upragnionej Ameryki, była świadkiem pierwszych kroków na terytorium USA. Powstanie ośrodka przyjmującego imigrantów, jego lata świetności, kryzysu, współcześnie funkcjonujące tam muzeum a wreszcie niesamowite losy pracowników Ellis Island, imigrantów i ich rodzin, przykują uwagę każdego czytelnika tej niesamowitej książki. Co jednak Wam chciałam przekazać? Przede wszystkim wielojęzyczność i wielokulturowość, jaka wiąże się z dziejami wyspy.

Posłużę się w tym celu cytatem.

„W okresie szczytu imigracyjnego na Ellis Island pracuje trzydziestu sześciu tłumaczy. Według listy sporządzonej w biurze komisarza posługują się następującymi językami: angielskim, serbskim (syryjskim), ormiańskim, albańskim, czeskim, morawskim, słowackim, bośniackim, chorwackim, hercegowińskim, dalmatyńskim, serbskim, słoweńskim, czarnogórskim, macedońskim, węgierskim, bułgarskim, rumuńskim, rosyjskim, rusińskim, polskim, litewskim, duńskim, norweskim, szwedzkim, holenderskim, fińskim flamandzkim, francuskim, niemieckim, greckim, włoskim, portugalskim, tureckim, perskim, jidysz.

Jednym z najlepszych tłumaczy jest Fiorello, Włoch z pochodzenia, niewysoki, okrągły, ruchliwy, o pogodnej twarzy. Wszyscy go naszywają Kwiatuszek, naruszając poniekąd powagę służby. Nikomu także nie przyjdzie do głowy i przyjść nie może, że pomijane nazwisko Kwiatuszka będzie kiedyś znane na całym świecie jako nazwa jednego z najbardziej ruchliwych lotnisk w Ameryce, a on sam spoglądać będzie na pasażerów z marmurowego pomnika; rzeźbiarz nadał okrągłym rysom modela energiczną twardość.

Fiorello Rafaele Enrico La Guardia zna następujące języki: włoski, serbsko-chorwacki, niemiecki, jidysz, trochę francuski i naturalnie angielski, bo urodził się w Nowym Jorku. […]

W Nowym Jorku szybko uczy się stenografii, łapie całkiem dobrą pracę za dwadzieścia dolarów tygodniowo i składa egzamin na tłumacza na Ellis Island.

Pierwsze kroki na wyspie kieruje do Franka Martoccii.

Frank, a właściwie Francesco, urodzony w Italii, to tłumacz weteran, porozumiewa się po włosku, angielsku, hiszpańsku, francusku, niemiecku, a nawet po polsku. Jest równie otwarty i pogodny jak Fiorello i chętnie mu doradza. To cenne, bo obowiązku tłumacza na Ellis Island są nie tylko wyczerpujące, ale i dwuznaczne, co jest zresztą wpisane w tę rolę. Tutaj jednak Ra dwuznaczność czy dwoistość jest szczególnie dotkliwa. Tłumacze znają dobrze los emigranta. Francesco, zanim przypłynął z Włoch, był tam fryzjerem; ojciec Fiorella urodził się jeszcze w Królestwie Obojga Sycylii, matka pochodziła z rodziny Żydów sefardyjskich osiadłych w Trieście po wygnaniu z Hiszpanii, a zresztą Fiorello sam już dowiedział się wiele o emigracji jako konsul w Fiume. Niektórzy tłumacze są prostymi ludźmi i komisarz Williams ubolewa w jednym ze sprawozdań, że część tych pracowników mówi wprawdzie obcymi językami, ale nie umie w nich czytać i pisać, a inni, owszem, potrafią czytać i pisać, a nie radzą sobie z językiem mówionym.

Wszyscy tłumacze są w służbie rządowej USA, ale ciągle jeszcze należą duchowo do kraju, z którego wyszli, do środowiska, które opuścili, i powinności pracy na rzecz rządu i jego ustaw walczy w nich z litością dla przybyszy. To straszny ciężar, bo od przekładu wiele zależy. Zeznania przed radą do specjalnych dochodzeń mogą człowieka uratować, kiedy są zręczne, i mogą pogrzebać, gdy są naiwne, zwłaszcza że rada rozstrzyga setki spraw dziennie i zawsze się śpieszy. […]

Fiorello, jak Francesco, uważa, że nigdy dosyć ostrożności, gdy się jest imigrantem przed komisją. […]

Tłumacz nie może niczego doradzać, nie może być stroną. Może jednak w odpowiedniej chwili dać do myślenia zawiedzeniem głosu albo spojrzeniem. Może rozładować napięcie spokojem, stonować pytanie albo odpowiedź. Jednym słowem –czuwać. To jest potrzebne nie tylko tym, którzy podlegają śledztwu, ale i inspektorom, ponieważ, jak twierdzi La Guardia, większość z nich to porządni ludzie i chcą zachowywać się przyzwoicie. […]

Kiedy Fiorello zaczyna pracować na wyspie, Francesco Martoccii jest już zmęczony i – jak przyznaje – traci cierpliwość. […] Martoccii słyszy pytania, zadawane z wiarą, że ten, kto rozumie rodzinną mowę, na pewno pomoże:

Czy widziałeś mojego syna? Czy widziałeś moją córkę? Czy znasz go, mojego Giuseppe? Kiedy po mnie przyjdzie?

To właśnie czeka tłumacza na Ellis Island – uprzedza Martoccii La Guardię – który zapisze po latach:

Naszą rekompensatą za uczestniczenie w scenach rozdzierających serce była, poza płacą, świadomość, że wilki procent ludzi napływających na Ellis Island prawdopodobnie da sobie radę i będzie się cieszyć lepszym życiem niż to, do którego nawykli tam, skąd przybyli.”

I taka właśnie jest „Wyspa klucz” – pełna inspirujących, dających nadzieję, ale i smutnych opowieści, jakie tylko potrafi pisać życie.

PS. Tak dla przypomnienia tylko dodam, że ów wybitny tłumacz – Fiorello La Guardia – był następnie trzykrotnie burmistrzem Nowego Jorku oraz kogresmenem.

Źródło: Szejnert M., Wyspa klucz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 95-98.

|