mar
4

Tłumacze na Ellis Island – życie cudzym życiem

Wrócę raz jeszcze na Ellis Island.

Małgorzata Szejnert zafascynowała mnie Wyspą klucz ogromnie i pomimo iż wątek tłumaczy i tłumaczeń nie jest w tej książce bardzo rozbudowany, chciałabym przedstawić kolejny, drobny fragment reportażu. Tym razem smutną historię tłumacza Juliusa Stierheima, która eksponuje, jak trudne zadanie mieli do wykonania tłumacze pośród rzesz emigrantów.

Wspominany już przeze mnie tłumacz „Fiorello La Guardia zapisał w autobiografii:
Kilkunastoletnia dziewczynka z gór w północnych Włoszech znalazła się na Ellis Island. Nikt dobrze nie znał jej szczególnego dialektu, a ponieważ wahała się przy odpowiedziach na pytania, których nie rozumiała, została odesłana do szpitala na obserwację. Mogłem wyobrazić sobie skutek, jaki to wywarło na dziewczynce, zawsze starannie chronionej, której nigdy nie pozwolono na przebywanie z mężczyzną sam na sam, gdy lekarz nagle opukał jej kolana, zajrzał w oczy, obrócił na plecy, połaskotał grzbiet, aby wywołać odruchy. Dziecko zbuntowało się – i jak! To był najokrutniejszy przypadek, jaki widziałem kiedykolwiek na wyspie. W dwa tygodnie dziecko zupełnie oszalało, chociaż kiedy przybyło na Ellis Island, było rozsądne i normalne.


Zanotował też, że zawsze bardzo cierpiał, gdy przydzielano go jako tłumacza do rozmów z podejrzanymi o choroby psychiczne. Cierpiał wtedy i cierpi po latach, kiedy to wspomina. Czuł wówczas i czuje dzisiaj, ze ponad pięćdziesiąt procent deportacji psychicznych było niesprawiedliwych. Działo się tak z powodu nieświadomości imigrantów albo ignorancji lekarzy i niezdolności tych drugich do zrozumienia odmiennych norm i standardów przybyszy.

Czy obcowanie z ludźmi skamieniałymi ze strachu, bezradnymi, nie rozumiejącymi tego, co im los zgotował, może przyprawić kogoś o szaleństwo?

W styczniu 1914 roku czterdziestosiedmioletni tłumacz Julius Stierheim, zatrudniony na Ellis Island prawie od początku istnienia tej stacji, układa w swoim mieszkaniu na Bronksie list pożegnalny, pod którym pospisuje się wraz z żoną Josephine. List, po niemiecku, skierowany na ręce drogiego doktora, brata Josephine, zawiera prośby: o wybaczenie, o to, by pokryć wydatki pieniędzmi (sto sześćdziesiąt pięć dolarów gotówką) schowany i w biurku w czarnymi portfelu i by nie robić żadnych ceremonii. Zanim znaleziono to pismo i dołączony do niego szczegółowy testament, odkryto cztery ciała. W pierwszym pokoju dziewięcioletnią Gladys, w drugim dwunastoletnią Ednę i jej matkę leżące w łóżkach oraz Juliusa – na podłodze, na pół ubranego, lecz ciągle w okularach. Wszyscy zginęli od strzału w usta.

W magazynku rewolweru obok ciała tłumacza brakowało czterech naboi. Julius Stierheim, popularny wśród załogi Ellis, w ostatnich latach tracił na wadze. Mówił, że się boi, i brał coraz częściej zwolnienia lekarskie. W liście pożegnalnym obok próśb i dyspozycji małżonkowie zwierzyli się z lęku przed szaleństwem. Grafolodzy uznali, że podpis żony jest autentyczny, wiec decyzja była wspólna. „New York Times” zawiadomił w lidzie do informacji o tym wydarzeniu:

Tłumacz z Ellis Island napisał, że lęk przed szaleństwem doprowadził go do poczwórnego zabójstwa.

Powyższy przykład jest skrajny i dramatyczny, ale, drodzy Tłumacze, w szczególności Tłumacze Ustni, czy nie pokazuje jak dużą odporność psychiczną musi posiadać doskonały tłumacz oraz jaki trudny i pełen wyzwań to zawód?

Zachęcam gorąco do lektury Wyspy klucz w całości!

Źródło: Szejnert M., Wyspa klucz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 116-117.

|